Część 1 - Amsterdam
Miasto z klimatem, w którym po prostu się zakochałam. W życiu nie widziałam tyle rowerów na raz, co w tym kraju. Zdaje się, że jazda na rowerze jest tam tak powszechna jak u nas skarpety do sandałów u większości płci brzydkiej w okresie letnim! Świetne stoiska na miejskim targu, którym niestety bardzo ciężko było zrobić zdjęcia (jedno jest!). Można było kupić ciuchy retro, vintage, gotyckie... wszystko, co tylko się zamarzy, oprócz tego sporo innych rzeczy. Domy na wodzie też mnie urzekły, chociaż nie mogę sobie wyobrazić leżenia na kanapie, podczas gdy grupa turystów w łódce wycieczkowej robi mi zdjęcia ;) Trafiłam akurat na Queensday, więc drugiego dnia całe miasto było w pomarańczu. Balony, okulary, pomarańczowi przechodnie... idzie oszaleć! Z tego powodu był też problem ze znalezieniem miejsca do spania, bo wszystko w okolicy było zabookowane na full. Jednak pozytywna atmosfera w mieście wynagrodziła te chwilowe kłopoty.
W centrum miasta była świątynia He Hua. Nie do końca wiedziałam o co chodzi, ale w środku była dość interesująca, pomijając fakt, że średnio pasowała do budynków obok ;) Z tego co sprawdziłam później:
" He " means "lotus". " in Chinese and "hua" is equivalent to "flower", so He Hua temple, means in fact lotusflower temple. The lotus is a special kind of waterlily and plays a very important part in Buddhism, already from the beginning. With its roots in the soil of the earth, it emerges to a beautiful, colorful and pure flower that reaches from the water out to the sky. It is the symbol of enlightenment and Buddha is often pictured standing or sitting on top of an open lotusflower.
A second meaning of " he " can be found in the Chinese word "Helan", which means Holland. So " He Hua " can also be translated as " Dutch flower in Buddhism ". And one of the goals of our temple is to help Dutch Buddhism blossom.(źródło).
Pozytywnie zaskoczyła mnie strona kulinarna, ponieważ miałam okazję zjeść na mieście kilka pysznych obiadów! Na pierwszy ogień poszła pizzeria, w której wzięłam pizzę z pesto i pomidorami. Była genialna, więc muszę zrobić swoją wersję na pełnoziarnistym cieście. Następnego dnia byłam w restauracji wegetariańskiej, która mieściła się w samym centrum, niedaleko 'mini wesołego miasteczka' z poprzednich zdjęć (po zobaczeniu miasta z góry byłam głodna jak nigdy, haha). Mieli pełnoziarniste pity z falafelami i warzywami (było ich pełno do wyboru), świeżo wyciskany sok pomarańczowy i frytki (robione przez nich od ziemniaka do frytki ;). Falafele były mistrzowskie, co jeszcze bardziej zachęciło mnie do ich wypróbowania. Ale najbardziej urocze zdecydowanie mają serwetki, z napisem "Thank you for not eating me(at)".
Część 2 - Zandvoort
Mieszkałam nad morzem, w Zandvoort - miasto, z którego w 30 min można dotrzeć do Amsterdamu pociągiem. Dałabym mu pół gwiazdki więcej niż PKP, szału nie było, ale dworzec był już lepszy, szczególnie w Amsterdamie. Nad łóżkiem był napis, który tak mi się spodobał, że zrobiłam mu zdjęcie ;) W mieście było dużo bardzo ładnych uliczek, ale gdzie nie spojrzałam, wszędzie widziałam tabliczki z napisem TE KOOP. Jak można się domyśleć, oznacza to na sprzedaż, także jak ktoś planuje przeprowadzkę to polecam! (macie nawet numer telefonu :)
Część 3 - Berlin
W Berlinie nie spędziłam dużo czasu, ale zdążyłam zaliczyć dłuuuuuugi spacer i poczuć trochę miasta. Tu znowu odwiedziłam pizzerię, ale całkiem inną. Bardzo podobała mi się tamtejsza koncepcja, bo dostajemy kartę przy wejściu i mamy 3 sekcje do wyboru: makarony, pizza i sałatki. Pizza jest robiona na naszych oczach, widzimy formowanie ciasta, jak dodatki lądują na pizzy i jej pieczenie, a makaron robią na miejscu. Wszystko co jemy jest zapisywane na karcie (zbliżamy ją do czytnika) i płacimy dopiero przy wyjściu. Możemy brać dokładki i skakać z jednej sekcji do drugiej do woli.
Część 4 Poznań
Poznań odwiedziłam symbolicznie i tylko stare miasto. Było tam tak gorącoooo, jak nigdzie ;)
Tak mniej więcej w dużym skrócie wyglądała moja majówka (jeszcze się nie skończyła, ale nie tracę czasu;). Znowu była przerwa z postami, ale nadrobię jak zawsze.
Po prawej stronie możecie zauważyć, że dodałam nowe strony do bloga. Jedzenie to przejrzysty spis wszystkich przepisów (przeglądanie archiwum jest strasznie niewygodne!). Muzyka to kawałki, których słucham. Podobno to, czego słuchasz mówi o tobie bardzo wiele, a jesteś tym, co jesz. Miejsca to linki do postów, w których oprócz przepisów, albo bez nich dodaję inne zdjęcia.
Jak widać post bezprzepisowy, ale chyba nie pomieściłby już nic więcej!
Moje ukochane miasto na A :)
OdpowiedzUsuńAle zachwyciłam się zdjęciami z Zandvoort, zdaje się, że to taki klimat jaki lubię, te uliczki, domki. Może więc jeden z nich czeka na mnie :)